„Nie poddam się choćby nie wiem co…”

Życie nie raz pokazywało, jaką loterią i wręcz ruletką potrafi być. Pewnego dnia jesteśmy kimś wielkim, uśmiechniętym, bogatym, zdrowym… Następnego zaś, możemy obudzić się okradzeni ze wszystkiego. Z tytułu, z radości, z pieniędzy i tego, co najważniejsze… zdrowia.

W ostatnim czasie wiele się mówi i słyszy zarazem o historii pewnej nastolatki z mojego rodzinnego Grudziądza. Izabela Partyka, bo tak się ta owa nastolatka nazywa, jest uczennicą II Liceum Ogólnokształcącego, jednego z lepszych w całym mieście i najbliższych okolicach. Ponadto, uczęszcza do Państwowej Szkoły Muzycznej. Pięknie maluje, gra na fortepianie i klarnecie, walczy. W szczególności ta ostatnia zaleta jest motorem napędowym niesamowitego zrywu lokalnej społeczności, szczególnie tej młodej społeczności, na którą tak bardzo, stereotypowo się narzeka. Ten socjologiczny ewenement zaskoczył niemal wszystkich, z którymi w swoim życiu zamieniłem więcej niż jedno zdanie, czyli potocznie mówiąc „znajomych”. Co tak pchnęło tych wszystkich, młodych ludzi do tak niezwykłej walki o życie swojej koleżanki?

Wspólnie damy radę! Uda nam się!”, „Iza już wygrała! We wtorek Pekin!” czy „Nie możemy się poddawać, wspólnymi siłami jesteśmy w stanie pomóc Izie pokonać raka” – to tylko kropla w morzu komentarzy, zamieszczanych w specjalnie stworzonej na potrzeby akcji grupie na portalu społecznościowym facebook. Siła, jaka płynęła na początku z tych kilku rzucanych swobodnie zdań, była ogromna. Moc, która fizycznie i psychologicznie wytwarzała się z każdym dniem jasno wskazywała, że sukces akcji „Wiosna dla Izy” jest nieunikniony i kwestia czasu, gdy uda się zebrać wszystkie wymagane środki finansowe. Dziś, niespełna trzy tygodnie od zainicjowania tego bardzo zacnego przedsięwzięcia stwierdzam, że zapał nieco osłabł. Było to nieuniknione. Przecież nic nie trwa wiecznie. Nie można żyć, tzw. „życiem zastępczym” całymi tygodniami. Jest szkoła, praca, są studia, świadomość gasnącej nadziei podtrzymuje jeszcze sama Iza. To właśnie patrząc na nią, nasze serca rozpalają na nowo tą nadzieję!

Rak to nie jest wyrok. Każdy ma prawo, by walczyć o swoje życie” – magia zawarta w tym stwierdzeniu, wzruszyła w ubiegły czwartek nie jednego Polaka. Natychmiast po emisji programu na skrzynkę mailową „przylatywały” wiadomości różnej treści i z różnych stron. Na stronie internetowej akcji natychmiast rozpoczęło się podbijanie statystyk i masowe komentowanie. Co do samego reportażu, podsumuję go jednym wyrazem, składającym się z zaledwie trzech liter – łzy. Oglądając pierwszy, a następnie drugi raz wspomnianą „Sprawę dla Reportera” coś we mnie pękło. Puściły wszelkie zabezpieczenia emocjonalne, tama łez została przerwana, wylało się gorzkie morze żalu i urodziła się jeszcze większa chęć do pomocy. Dodatkowej otuchy dodały liczne sms-y, które przychodziły tuż po programie i dzień później.

Kim jest ta utalentowana, młoda i niezwykle silna nastolatka w oczach zwykłego człowieka, który tak jak ona niegdyś, cieszy się obecnie swoim zdrowiem? Nie mam zamiaru odpowiadać na to pytanie. Pozwolę sobie jedynie poprosić, by każdy, kto będzie czytał ten tekst, zechciał sobie na to zagadnienie odpowiedzieć we własnym sercu.

Izuniu wierzę słonko w Ciebie całym sercem. Będzie dobrze. Modlitwą, myślami, serduchem z Tobą.”

Cudowna dziewczyna z pięknym uśmiechem i piękną duszą. Całym sercem wspieram Twoją walkę o życie! Lśnij Izo jak najdłużej!”

Jestem z Tobą kochana chodź znam tylko Cię z wczorajszego reportażu”

Po obejrzeniu materiału w TV… Cały czas o Tobie myślę… W głowie gra mi Twoja muzyka… Modle sie o Twoje zdrowie… I wierzę, że wygrasz! Dobrego lotu! Wracaj do nas zdrowa iskierko!!!”

To jedne z najbardziej poruszających wpisów, jakie po czwartkowej emisji „Sprawy dla Reportera” pojawiły się na stronie akcji. Jest ich znacznie więcej. Jedne oferują pomoc, drugie niosą siłę wsparcia, zapisaną w kilku ciepłych słowach, trzecie proszą o licytację pięknych obrazów, czwarte zaś modlą się o zdrowie. Wszystkie te ludzkie zapiski łączy jedna, spójna rzecz – wiara i nadzieja w zwycięstwo ze złośliwym nowotworem EWINGA.

Wracając do samej akcji, ulice mojego rodzinnego grodu Grudziądz „patrolowały” ostatnimi czasy oddziały wolontariuszy. Zachęcali, opowiadali, przekonywali i zbierali. Jedni robili to skuteczniej, drudzy mniej. Pretensji mieć nie wolno! Przecież wiadomo, że nie każdy ma w sobie taką moc i odwagę do skutecznej konwersacji z drugim, najczęściej przypadkowo spotkanym człowiekiem na ulicy. W akcję z mniejszym lub większych rozmachem włączyli się również lokalni przedsiębiorcy. Nie zabrakło pomocy także ze strony władz miasta. Czy to wszystko wystarczy? Na razie pewne jest, że Iza czekać na finał akcji nie może! Wylot do Chin stawał się coraz bardziej nieunikniony, aż w końcu stał się faktem. Środa 29 lutego – dzień niezwykle wyjątkowy, nabiera kolejnej, niesamowitej symboliki. To właśnie tego dnia, ta młoda artystka, walczącą z ogromną siłą o własne życie wyrusza na wielką wojnę z przeciwnościami losu. Jestem wręcz przekonany, że Jej moc, siła, wiara oraz tytułowe słowa „Nie poddam się choćby nie wiem co…” są zdecydowaną polisą i zapewnieniem, że niebawem do nas wróci. Jeszcze silniejsza, mocniejsza i przede wszystkim zdrowa, będzie nieść dobrą nowinę wszystkim tym, którzy tracą nadzieję i upadają.

Na zakończenie mam też słowa dla wszystkich tych, którzy tak aktywnie walczą o pomoc dla Izy. Nie będzie to przesłanie niczym prezydenckie orędzie czy niedzielne kazanie z kościoła. Będą to zaledwie trzy słowa, proste słowa, które powinny wskazywać kierunek działań i walki na wszystkich możliwych płaszczyznach. Niech to stwierdzenie umocni w nas przekonanie, że nie gramy o siebie i dla siebie! „ Spójrzcie na Izę!”. A więc patrzmy i podziwiajmy słabą fizycznie, ale potężną duchowo dziewczynkę. Drugiej takiej sytuacji w życiu, możemy już nie mieć…